Tematem, który zdominował obecnie debatę publiczną w Polsce w kontekście polityki zagranicznej jest bez wątpienia Białoruś. Bezprecedensowe protesty, które ogarnęły nie tylko stołeczny Mińsk, ale także mniejsze miejscowości na prowincji, oraz skala tych protestów – tego jeszcze Białoruś nie widziała. Opór przeciwko dyktatorowi jest znaczący. Brutalna reakcja sił bezpieczeństwa na początku protestów wydawała się jedynie wzmagać wściekłość i opór społeczeństwa.

Sytuacja na Białorusi jest przedmiotem zainteresowania wszystkich państw ościennych – przede wszystkim Litwy, Polski oraz naturalnie Rosji, dla której kraj ten stanowi strefę wpływów i ważny obszar strategiczny. Wielopłaszczyznowe uzależnienie Białorusi od Rosji będzie czynnikiem wpływającym na dalszy rozwój sytuacji. Należy pamiętać, że o ile Aleksander Łukaszenka był realizatorem interesów rosyjskich w swoim kraju, to niejasne zapatrywania liderów opozycji na kwestię przyszłych relacji z Rosją mogą nie stanowić aż tak drastycznej zmiany, jak chciałoby wielu zachodnich i polskich komentatorów.

Odmiennie jednak przedstawiana jest ta kwestia w rosyjskiej narracji. Polska ma być głównym inicjatorem protestów na Białorusi. Opozycja ma być sterowana przez polskie służby, które mają również sprawować pieczę nad wszystkimi mediami na Białorusi, rzecz jasna z wyjątkiem tych oficjalnych. W tych wymysłach Rosjanie potrafią być bardzo precyzyjni, np. były oficer GRU – ppłk. Siergiej Kozłow, komentując sytuację na Białorusi dla „Komsomolskiej Prawdy” powiedział wprost, że jest to efekt działań Centralnej Grupy Działań Psychologicznych z Bydgoszczy, która ma specjalizować się w propagandzie i manipulacji. Grupa miała już być wcześniej aktywna na ukraińskim Majdanie. Polacy mają działać rzecz jasna na rzecz Amerykanów, sytuacja ma być jednak o tyle nowa, że do tej pory, np. w Kijowie, Amerykanie sami byli w akcji, a teraz działają za pośrednictwem Polaków.

W rosyjskiej pamięci wyryła się najwyraźniej silnie „Solidarność”, ponieważ przywołują jej przykład jako kolejny dowód na polskie zaangażowanie, swoisty polski ślad w protestach na Białorusi. Dlaczego? Otóż schemat działania opozycji ma stanowić powielenie metod stosowanych przez „Solidarność”, gdzie kluczową rolę odegrali robotnicy, którzy rozpoczęli strajki w kluczowych dla kraju zakładach, co zmusiło władzę do ustępstw. Nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością, choć należy zauważyć, że 40 lat później „Solidarność” stanowi punkt odniesienia dla Białorusinów walczących o wolność. Do rangi pewnego symbolu urasta fakt, że powszechnie śpiewana jest białoruska wersja słynnej pieśni „Mury” Jacka Kaczmarskiego.

Wracając jednak do rosyjskiej alternatywnej wersji wydarzeń, to wszystkie te polskie operacje, przeprowadzone przy wsparciu Litwinów oraz Ukraińców, mają służyć włączeniu Białorusi do strefy polskich wpływów. Według dywagacji Siergieja Markowa, prokremlowskiego politologa, po zwycięstwie opozycji na Białorusi władza byłaby sprawowana przez polskie marionetki. Firmy znad Wisły wykupiłyby białoruskie przedsiębiorstwa, a Polacy staliby się nową oligarchią. Również język białoruski nie zostałby oszczędzony, a poddany polonizacji. Oczywiście dla Białorusinów takie rządy oznaczać musiałyby jednie nędzę.

Jednakże, gdyby ktoś myślał, że to ostateczny cel Polski, to grubo się myli. Według propagandy rosyjskiej to jedynie cel pośredni. Polacy przede wszystkim chcą zablokować Rosję i doprowadzić do obalenia Władimira Putina. Ma to być element odwiecznej rywalizacji pomiędzy Moskwą a Rzeczpospolitą o dominację nad tą częścią Europy. Nad Wisłą podobne opowieści przyjmowane są z niedowierzaniem, bo podobne ambicje zostały przez Polskę porzucone wraz z pokojem ryskim w 1921 r.

Konkurencyjna narracja głosi, że Polsce zależy wprost na odzyskaniu ziem, które wcześniej do niej należały i inkorporowania ich do państwa. Ma to dotyczyć przede wszystkim Grodna. Tę propagandę szczególnie upodobał sobie także sam Aleksander Łukaszenka, który rozpaczliwie szuka dla siebie ratunku i tworzenie wrażenia zagrożenia polskiego jest tego elementem. Stąd przesunięcie doborowych jednostek na granicę z Polską, właśnie w okolice Grodna. Niektórzy analitycy uważają, że Łukaszenka może chcieć upozorować incydent graniczny, który mógłby stanowić pretekst do wezwania pomocy wojsk rosyjskich w celu stłumienia oporu samych Białorusinów wobec dyktatora. Wysoce dyskusyjne, czy Rosjanie byliby zainteresowani wzięciem udziału w podobnej grze. Może się okazać, że swoje cele Moskwa z powodzeniem zrealizuje także bez Łukaszenki. Sprzyja temu niewątpliwie dwuznaczna postawa niektórych zachodnich polityków i komentatorów, którzy nie uznają znaczenia dążeń samych Białorusinów i opowiadają się za szybkim wdrożeniem scenariusza, który będzie stanowił odpowiedź na oczekiwania Moskwy.

W celu zniechęcenia Białorusinów i samych Rosjan do protestujących na Białorusi, Moskwa stosuje starą kominternowską metodę przypisywania powiązań agenturalnych z obcym państwem, a dodatkowo powiela współczesnym językiem znane z przeszłości kalki na temat „polskich panów”, których jedynym celem jest wyzyskiwanie wschodnich Słowian i realizacja imperialnych snów. Użycie takiej narracji w nowej odsłonie świadczy o obawach, jakie Rosja żywi wobec bardziej aktywnej polityki Polski na Wschodzie.

MATERIAŁ PARTNERA

O Autorze:
Paweł Pawłowski – ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie obecnie jest doktorantem w Instytucie Nauk o Państwie i Prawie. Absolwent stażu naukowego w The Institute of World Politics oraz Babson Entrepreneurship Program w Babson College.